Trzy tysiące sędziów. Dziesięć lat chaosu. Alians, który pękł u podstaw.
Gra pozorów trwa. Trybunały milczą. Sędziowie czekają. Kiedy w 1989 roku architekci Okrągłego Stołu decydowali o przyszłości polskiego sądownictwa, uwierzyli w naiwne hasło, że środowisko sędziowskie „samo się oczyści”. Przez całe dekady brak twardej dekomunizacji i tolerowanie sędziów stanu wojennego w Sądzie Najwyższym ciążyły nad legitymizacją wolnej Temidy. Dziś, trzydzieści siedem lat później, stoimy w obliczu ironicznego chichotu historii. Narzędzia, które kiedyś prawica projektowała do rzekomego „oczyszczania” sądów z komunistycznych złogów, zostały odwrócone. Obecny minister sprawiedliwości Adam Bodnar próbuje przeprowadzić gigantyczną weryfikację tak zwanych neosędziów. Chcieli sprawiedliwości. Chcieli czystki. Dostali paraliż. Zamiast uzdrowienia systemu, wchodzimy w fazę permanentnego, prawnego czyśćca, w którym obywatele tracą resztki pewności, czy wyrok w ich sprawie wydał legalny sąd.
Marzenia o szybkim, chirurgicznym cięciu i usunięciu trzech tysięcy wadliwie powołanych sędziów pękły jak bańka mydlana. W lutym 2026 roku prezydent Karol Nawrocki, lojalny wobec dawnego obozu władzy, bezlitośnie zawetował ustawę reformującą Krajową Radę Sądownictwa, co zamroziło rządowy plan przywracania praworządności. Z kolei marcowy wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie C-521/21 przyszedł jako zimny prysznic dla radykałów żądających automatycznego unieważnienia wszystkich nominacji z lat 2018–2024. Luksemburg postawił sprawę jasno: sam fakt powołania z udziałem upolitycznionej KRS nie wystarczy do automatycznego podważenia statusu sędziego w sądach powszechnych. TSUE wybrał stabilność systemu kosztem natychmiastowego oczyszczenia. To sygnał, że Europa bardziej boi się całkowitego paraliżu polskich sądów niż niedoskonałych sędziów na urzędach.
Nasza narodowa obsesja na punkcie personalnych rozliczeń po raz kolejny przesłania nam cel, jakim jest sprawnie działające państwo. Środowiska sędziowskie i rządowa koalicja wpadły w pułapkę moralnej wyższości, zapominając, że za każdym z tych trzech tysięcy sędziów stoją setki tysięcy wyroków – rozwodów, spraw spadkowych, kredytów frankowych i procesów karnych. Próba ich hurtowego unieważnienia doprowadziłaby do chaosu, przy którym dotychczasowy kryzys wydałby się niewinną igraszką. Wydaje się, że ministerstwo Bodnara musi porzucić rewolucyjną retorykę i skupić się na żmudnej, indywidualnej weryfikacji sędziów na poziomie sądów apelacyjnych i Sądu Najwyższego, jak sugeruje TSUE. Niestety, taka ścieżka wymaga czasu, a tego obecna władza, naciskana przez własny elektorat żądający igrzysk, ma dramatycznie mało.
Czas ucieka. Im dłużej trwa ten konstytucyjny dwuwład, tym głębiej polski wymiar sprawiedliwości zapada się w otchłań anarchii. Jesteśmy dziś świadkami sytuacji, w której neosędziowie i sędziowie legalni wzajemnie kwestionują swoje prawo do sądzenia, a obywatele stają się zakładnikami tej plemiennej wojny. Nawet jeśli Karol Nawrocki zablokuje każdą próbę ustawowej reformy do końca swojej kadencji, rząd nie może pozwolić sobie na bezczynność. Musimy zacząć budować kompromis, który uchroni zwykłych ludzi przed skutkami tego systemowego pęknięcia. Czy jesteśmy w stanie zaakceptować bolesną, niedoskonałą ugodę w imię stabilności państwa, czy też w imię moralnej czystości pozwolimy, by polski wymiar sprawiedliwości ostatecznie rozpadł się na naszych oczach?